Kiedyś samochody obwieszone owiewkami, spoilerami, chlapaczami, odgromnikami i antenami spotkać można było niemal na każdym rogu. Szczęśliwi właściciele Maluchów, Polonezów czy przerdzewiałych na wskroś Kadettów demonstrowali otwarcie miłość do swoich czterech kółek, montując w aucie wszystko, co tylko udało się znaleźć w sklepach z akcesoriami motoryzacyjnymi.

Przyklejany do deski rozdzielczej termometr zastępował pozostającą poza zasięgiem finansowym klimatyzację, a medalik z wizerunkiem św. Krzysztofa musiał wystarczyć zamiast ABS-u i poduszek powietrznych. Dziesięć lat temu nikt jeszcze nie śmiał się z antykradzieżowych blokad kierownicy, kompasów i futrzanych pokrowców na fotele.

Postanowiliśmy sprawdzić, czy wszystkie te gadżety słusznie popadły w zapomnienie. Oczywiście, przyjrzeliśmy się przede wszystkim tym akcesoriom, które – przynajmniej w założeniu – powinny mieć jakąś wartość użytkową.

Na pierwszy ogień poszły owiewki – kiedyś podstawowy element tuningu aerodynamicznego, bez którego nie mogło się obyć żadne auto. Najwyraźniej nadal znaleźć można miłośników tego dodatku, bo producenci oferują owiewki pasujące również do aktualnych modeli. Jeśli komuś owiewki się podobają i zdarza mu się jeździć z uchylonymi szybami, to może się pokusić o ich montaż.

A co z antykradzieżowymi blokadami kierownicy? Mogą być skuteczne tylko w jednym przypadku – jeśli złodziej na ich widok, zamiast kraść auto, zacznie tarzać się ze śmiechu. W żadnym wypadku nie możemy polecić jakichkolwiek mat (grzewczych, masujących, ozdobnych) montowanych na siedzeniach.

Fotele w nowych autach to skomplikowane konstrukcje, mające olbrzymi wpływ na bezpieczeństwo w razie wypadku – mocowanie na nich czegokolwiek może zakłócić działanie zamontowanych w nich systemów. Z kolei futerko zakładane na kierownicę może i jest przyjemne w dotyku, ale utrudnia prowadzenie!

Owiewki – wietrzenie bez przeciągów: Niegdyś były jednym z najpopularniejszych dodatków tuningowych – nawet w czasach, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o tuningu. Poza (dyskusyjną) poprawą wyglądu auta zadanie owiewek polega na tym, by w czasie jazdy z uchylonymi szybami w kabinie nie szalał huragan, a do środka nie wpadały krople deszczu.

Niestety, w niektórych modelach działają one inaczej, bo zakłócają dopracowaną aerodynamikę. Montaż owiewek w autach wyposażonych w klimatyzację absolutnie nie ma sensu, bo jeździ się nimi zazwyczaj z podniesionymi szybami. Jeśli jednak samochód nie ma „klimy”, a kierowca jest nałogowym palaczem, to owiewki mogą się ewentualnie przydać. Montaż i demontaż są na szczęście dziecinnie proste.

Blokada kierownicy: Sposób na to, żeby rozśmieszyć złodzieja i pokazać mu, że o zabezpieczeniach antykradzieżowych nie mamy bladego pojęcia. Konstruktorzy tych wynalazków „zapominają”, że koło kierownicy to niezbyt gruby drut oblany miękkim tworzywem. Blokada może być więc wykonana nawet z najtwardszego tytanu, a i tak nic to nie da. Jeśli masz już blokadę, to najlepiej głęboko ją schowaj!

Termometr zewnętrzny: Większość nowych aut, niezależnie od klasy, jest już standardowo wyposażona w termometr. Jeśli komuś trafił się jednak „golas” bez tego przydatnego dodatku, to warto brak uzupełnić. Termometr kosztuje grosze, a może ostrzec przed oblodzeniem drogi. Uwaga! Trzeba starannie wybrać miejsce montażu sensora.

Znaczek PL: Jeśli auto ma tablice rejestracyjne zgodne z aktualnym „unijnym” wzorem, to w czasie podróży po większości krajów europejskich żadne dodatkowe znaki przynależności państwowej nie są wymagane. Jeśli jednak chcemy wybrać się na wschód (np. do Rosji i republik poradzieckich), to nalepka może się przydać.

Organizer na drobniaki: Plastikowy organizer na monety wygląda tandetnie i kojarzy się z wyposażeniem taksówki, ale to bardzo przydatny gadżet, szczególnie jeśli regularnie korzystamy z parkomatów.

Kompas zamiast GPS: Mapa, busola i sekstant (czy ktoś jeszcze pamięta, co to w ogóle jest?) wystarczały kiedyś żeglarzom do nawigowania na oceanach. Czy warto montować kompas w samochodzie? Absolutnie nie, bo i tak, nawet jeśli znamy właściwy azymut, nic nam to nie da. Nawigacje są już tak tanie, że zakup kompasu nie ma sensu.

Nakładki na fotele: Jeśli ktoś jeździ starym Lublinem albo Cinquecento, to podgrzewana mata na fotel może znacznie podwyższyć komfort podróżowania.
W przypadku nowych aut odradzamy używanie takich dodatków, bo mogą one zakłócić działanie systemów poprawiających bezpieczeństwo bierne. Z tego samego powodu lepiej zapomnieć o „misiach” i masujących koralikach.

Futerko na kierownicę: Przyznajemy, że kierownice nowych aut, nawet te obszyte skórą (z plastikowej krowy…), bywają nieprzyjemne w dotyku. Niestety – futrzaste nakładki są niebezpieczne, bo mogą uniemożliwić szybkie wykonanie manewru w sytuacji awaryjnej.

Nieobowiązkowa, ale potrzebna: Choć nie ma obowiązku wożenia apteczki w samochodach osobowych, to jednak warto ją mieć. Ale nie byle jaką, znalezioną w markecie w koszu z wywieszką „wszystko po 5 zł”, bo tam znajdziemy co najwyżej atrapy. Warto wydać kilkadziesiąt złotych i mieć pewność, że w razie potrzeby przynajmniej podstawowe materiały opatrunkowe będą pod ręką.

Wieszak na marynarkę: Wieszak na marynarkę mocowany do zagłówka to bardzo praktyczny dodatek, ale z czystym sumieniem możemy polecić go tylko kierowcom, którzy nie wożą na tylnych fotelach pasażerów. I to nie tylko dlatego, że komuś jadącemu z tyłu może przeszkadzać wiszące ubranie. Twardy, metalowy, wystający przedmiot stwarza w razie kolizji zagrożenie dla pasażerów tylnej kanapy. Oczywiście, jeśli są oni prawidłowo przypięci pasami, to nie powinno być ono zbyt wielkie, jednak zawsze lepiej dmuchać na zimne, niż później żałować.

Gumowe ochraniacze na zderzaki: Kawałek gumy za pięć złotych może zaprzepaścić wizję projektanta auta, zaburzyć kształty i proporcje karoserii. Ale za to dzięki niewielkiej nakładce zderzak odzyskuje swoją pierwotną funkcję: chroni nadwozie przed uderzeniami, a nie tylko pełni rolę elementu dekoracyjnego. Osobom, które korzystają z parkingów pod hipermarketami – gorąco polecamy, bo zderzak z nakładką wygląda lepiej od zderzaka porysowanego.

Uchwyt na napoje: Auta sprzedawane na rynku amerykańskim mają co najmniej kilka uchwytów na napoje, za to w modelach europejskich często nie ma żadnego. A przecież u nas też są McDonaldy! Z „uchwytową dyskryminacją” można sobie poradzić, montując uchwyty samemu. Trzeba tylko wybrać solidne.

Gaśnica musi być! Ale jaka?
Na półkach hipermarketów znaleźć można różne gaśnice – począwszy od takich w postaci spreju niewiele większego od dezodorantu, przez typowe, o masie 1 kg, aż po większe modele. W autach osobowych wymagane minimum to gaśnica kilogramowa. Jeśli jednak poważnie myślimy o ugaszeniu czegokolwiek, wybierzmy co najmniej dwa razy większą.