Jedziesz spokojnie, aż nagle ktoś wyjeżdża ci wprost pod koła, wjeżdża w bagażnik twojego auta albo rysuje drzwi i wgniata próg. Nie martwisz się, bo przecież jest ubezpieczony, a zgodnie z prawem masz zagwarantowany zwrot kosztów naprawy. Nie ma mowy o spawaniu auta w jakiejś stodole: należy ci się profesjonalny warsztat płacący podatki, mający fachowy personel i dobry sprzęt.

Części zamienne mają być takie jak uszkodzone, możesz więc zakładać, że z powodu tej kolizji nie stracisz nawet złotówki. Jeśli po naprawie pozostaną ślady na aucie, które obniżają jego wartość handlową, dostaniesz rekompensatę.

Jeśli jesteś uczciwy (i naiwny), jak nasz czytelnik Łukasz – właściciel czerwonej Mazdy MX-5, to nie chcesz się wzbogacić, biorąc pełne odszkodowanie i naprawiając auto najtańszym kosztem. Preferujesz naprawę bezgotówkową. Warsztat, który ma umowę z ubezpieczycielem, wszystko ci załatwi: zabierze samochód spod domu, zorganizuje wycenę szkody i wszystko naprawi – ty się nie martw...

Czy rzeczywiście? Wystarczy już tej teorii dla naiwnych! W chwili, gdy oddałeś samochód do autoryzowanego dilera, zaczyna się gra pomiędzy warsztatem a ubezpieczycielem: warsztat z twojej stłuczki zechce wydusić jak najwięcej, windując koszty naprawy, a ubezpieczyciel zrobi wszystko, aby zapłacić jak najmniej, nawet kosztem jawnego łamania prawa. Jeśli się nie dogadają, to problem masz ty – nikt inny!

Tak oto zostałeś zakładnikiem firmy ubezpieczeniowej
Twoje auto jest już w warsztacie, przed chwilą wyszedł z niego rzeczoznawca ubezpieczyciela. Gdy tylko zamkną się za nim drzwi, mechanicy przestępują do rozbiórki. Trzeba przecież upewnić się co do rzeczywistych rozmiarów szkody! Auto jest już zabezpieczone przed właścicielem – tak łatwo go już nie zabierze do tańszego serwisu, no bo jak – w kawałkach? Rzeczoznawca wzywany jest ponownie, bo na jaw wyszły dalsze uszkodzenia.

Liczy się każda zadrapana listewka – trzeba ją wymienić na nową, a niektóre kosztują krocie! Teraz już zwykłe połamanie zderzaka urasta do sprawy wartej kilka lub nawet kilkanaście tys. zł. Czekanie na wycenę i stanowisko ubezpieczyciela trwa krótko, najwyżej kilka dni, czasem zaledwie kilkanaście godzin. Niestety, jeśli auto nie jest nowe lub prawie nowe i jego formalna wartość jest niewielka, wycena jest (zazwyczaj) daleko niższa od oczekiwań warsztatu dilerskiego.

Tak więc wpadłeś w pułapkę: chciałbyś zabrać auto i wysłać do tańszego, równie dobrego blacharza, ale nie możesz – do tej pory skorzystałeś z usług, które przecież nie są darmowe. Auto zabrano spod domu i zawieziono do warsztatu, rozebrano do rosołu, wyceniono naprawę, przechowywano przez miesiąc, a każdy dzień kosztuje 30 zł. Choć naprawa jeszcze się nie zaczęła, to gdybyś chciał zabrać samochód, już jesteś winien warsztatowi jakieś 2,5 tysiąca zł – a tymczasem ubezpieczyciel przelał ci na konto 6 tysięcy i uważa, że sprawa jest zamknięta.

Odszkodowanie na szkodę całkowitą
Nieracjonalne ceny usług w warsztatach dilerskich pomagają ubezpieczycielom łatwiej niż kiedykolwiek udowadniać, że naprawa samochodu się nie kalkuluje, a to
w większości przypadków pozwala pomniejszyć odszkodowanie. Jeśli tylko pojawia się szansa na wyliczenie szkody całkowitej, przyjmuje się najdroższą możliwą stawkę roboczogodziny (np. 170 zł) i koszt oryginalnych części zamiennych.

Dzięki temu naprawa potłuczonego zderzaka i pogiętego błotnika oraz kilku złamanych listewek może kosztować nawet 15-20 tys. zł! To w przypadku wielu kilkuletnich aut więcej, niż są one warte – przynajmniej według oficjalnych cenników – i tak powstaje „szkoda całkowita”. Teraz już ubezpieczyciel nie ma obowiązku płacić za naprawę (bo udowodnił, że się ona nie kalkuluje), lecz wypłaca kwotę wyliczoną według innych zasad.

Gdyby jednak z jakichś względów ubezpieczycielowi nie udało się osiągnąć wystarczająco wysokiej wartości kosztorysu, wtedy zazwyczaj zmienia on sposób konstruowania wyceny: roboczogodzina fachowca kosztuje już tylko 50 zł, a zderzak bierze się najtańszy – nie za 1900, tylko za 140 zł lub mniej (rzeczywiście tylko tyle może kosztować zderzak do auta kompaktowego lub klasy średniej, ale blacharze krzywią się na takie części, bo często one zwyczajnie nie pasują). Następnie przekonuje się klienta, że jakość taniego zderzaka jest taka sama jak oryginalnego – nawet jeśli różnicę widać gołym okiem. Ma homologację? Ma, a zatem jest taki sam!

Odszkodowanie na głupa
W auto należące do naszego czytelnika uderzył samochód ubezpieczony w Ergo Hestii. Do naprawy tył auta – połamał się zderzak i jego mocowanie. Szkoda była, w gruncie rzeczy, niewielka – nie sposób wykombinować „szkody całkowitej”. Według rzeczoznawcy pracującego na rzecz Ergo Hestii wymienić i polakierować zderzak, kupić listwy i wzmocnienia do Hondy Civic można za 306 zł. W swojej kalkulacji rzeczoznawca nie wziął pod uwagę lakierowania, części wynalazł najtańsze, jakie występują na rynku – i to nie wszystkie. Godzina pracy fachowca w warsztacie – według ubezpieczyciela – kosztuje 50 zł plus VAT.

Tymczasem warsztat Hondy za naprawę żąda 4 tys. zł, za sam szczegółowy kosztorys właściciel musiał zapłacić 180 zł. Ergo Hestia: Poszkodowany ma prawo dokonać naprawy z użyciem części oryginalnej i w dowolnie wybranym warsztacie – i takie koszty naprawy, po ich udokumentowaniu – pokryjemy. Po przesłaniu przez poszkodowanego własnego kosztorysu przygotowanego przez ASO zostaje on zweryfikowany w zakresie uszkodzeń, jakie zostały stwierdzone podczas oględzin.

Ergo Hestia nie kwestionuje stawki serwisu oraz użycia części oryginalnych. Jeśli poszkodowany dokona naprawy (...) w sposób opisany w zweryfikowanym kosztorysie, oczywiście nasze towarzystwo ubezpieczeń pokryje te koszty, nawet jeżeli są to koszty maksymalne.

Z polskiego na nasze: jak zapłacisz za naprawę i pokażesz fakturę, dopłacimy. To bardzo miło ze strony ubezpieczyciela, czasem jednak właściciel nie jest w stanie wyłożyć kilku (lub więcej) tysięcy zł z własnej kieszeni. Na jakiej podstawie miałby to robić?

Rzecznik ubezpieczonych: Obowiązek naprawienia szkody przez wypłatę odpowiedniej sumy pieniężnej powstaje z chwilą wyrządzenia szkody i nie jest uzależniony od tego, czy poszkodowany dokonał naprawy rzeczy i czy w ogóle zamierza ją naprawić (...).

Ten sam ubezpieczyciel – Ergo Hestia – wyliczając koszty naprawy równie starej Mazdy MX-5, przyjął, że godzina pracy blacharza kosztuje 166 zł, a części pasują tylko oryginalne i żadnej nie uda się naprawić – wszystkie, które uległy uszkodzeniu, trzeba wymienić. Tyle że w tym drugim przypadku udało się wykalkulować szkodę całkowitą! Ergo Hestia twierdzi, że to warsztat poszkodowanego sporządził taką wycenę, a ubezpieczyciel tylko się na nią zgodził. Pytanie: czy zawsze Ergo Hestia przyjmuje wycenę warsztatu działającego na rzecz poszkodowanego?

Zaproś ubezpieczyciela do sądu
Jeżeli ubezpieczyciel twierdzi, że wypłaci odszkodowanie dopiero, gdy pokażesz faktury, wiedz, że czyni to bez podstawy prawnej. Nie musisz auta naprawiać w ogóle. Nie jest nigdzie powiedziane, że masz mieć w kieszeni odpowiednią – często bardzo dużą – kwotę na naprawę auta. Najpierw odszkodowanie, potem naprawa (jeśli będziesz miał na nią ochotę).

Jeśli masz problem z ubezpieczycielem, poproś o pomoc rzecznika ubezpieczonych. Wprawdzie nie może on do niczego zmusić ubezpieczyciela, ale może napisać do niego pismo, w którym będzie zawarta niezbędna argumentacja do wykorzystania w sądzie. Owszem, wpis sądowy kosztuje, ale już na etapie działania rzecznika ubezpieczonych dowiesz się, czy masz rację.

Takie sprawy ubezpieczyciele zwykle przegrywają; bywa, że tuż po złożeniu pozwu wolą się dogadać, niż płacić odsetki. To skandal, że odszkodowanie wypłacane z OC sprawcy jest wynikiem targów jak na bazarze, ale tak jest – i warto wiedzieć, że pierwsza proponowana przez ubezpieczyciela kwota jest tylko propozycją do negocjacji. Biznes ubezpieczeniowy zakłada, że na 10 pokrzywdzonych pójdzie do sądu dwóch
– na reszcie można zarobić.

Co robić, gdy:
•Auto jest zaledwie „dotknięte”, a mówią, że to szkoda całkowita Przykład: ubezpieczyciel twierdzi, że samochód przed wypadkiem był wart 11 tys. zł, ale naprawa jest droższa. Wylicza, że uszkodzony samochód wciąż wart jest 8 tys., więc wypłaca 3 tys. zł i uważa, że sprawa jest załatwiona, bo masz w ręku auto warte 8 tysięcy oraz 3 tysiące gotówką, a więc nic nie straciłeś.
Co robić: jeśli nie chcesz iść do sądu i masz pieniądze na inwestycję, naprawiasz auto za 10,5 tys. zł, bierzesz fakturę i po naprawie jedziesz na obowiązkowy (powypadkowy) przegląd techniczny. Przedstawiasz faktury i pozytywny wynik przeglądu ubezpieczycielowi. Musi zapłacić! Z reguły nawet sam deklaruje, że to zrobi, jeśli auto naprawisz, a koszt nie przewyższy wartości auta. Alternatywa: postępowanie sądowe, w którym np. wykażesz, że auto było więcej warte niż twierdzi ubezpieczyciel, albo że naprawa kosztuje mniej niż jego wyjściowa wartość, np. 10 tys. zł. Duża szansa na wygraną, nawet jeśli auta nie naprawisz wcale!

•Zaniżają odszkodowanie: proponują naprawę przy użyciu najtańszych części, zbyt nisko wyceniają koszt robocizny.
Co robić: naprawiasz auto porządnie, a jeśli odszkodowania nie wystarczy, na podstawie faktur domagasz się dopłaty. Ubezpieczyciel nie ma wielkiego wyboru i zwykle, widząc fakturę, nie próbuje kręcić i szybko wypłaca różnicę. Alternatywa:: pozywasz ubezpieczyciela do sądu, wcześniej uzbrajasz się w kosztorys warsztatu lub opinię niezależnego rzeczoznawcy. Nie masz obowiązku przedstawiać faktur ani naprawiać auta, aby dostać odszkodowanie. Raczej wygrasz.

•Stosują nieuprawnione potrącenia.
Wzywasz ubezpieczyciela (pisemnie) do dopłaty brakującej części odszkodowania. Jeśli to nie pomaga, zapraszasz ubezpieczyciela do sądu. Im większej kwoty spór dotyczy, tym łatwiej o adwokata, który cię będzie reprezentować. Ważne: koszty adwokata – jeśli wygrasz – automatycznie będzie musiał pokryć ubezpieczyciel.

•Uzależniają wypłatę odszkodowania z OC w pełnej wysokości od pokazania faktur. Nie mają prawa!
Co robić: prosisz o pomoc rzecznika ubezpieczonych, ślesz monity do ubezpieczyciela, gromadzisz korespondencję, w końcu idziesz do sądu. Znakomita większość takich spraw kończy się porażką ubezpieczyciela. Niestety, nawet rzecznik nie może zmusić go, aby wypłacił pieniądze bez sprawy sądowej – interwencja rzecznika czasem działa, czasem nie.

Zasada jest prosta: na 10 klientów 8 zrezygnuje, 2 wygra przed sądem. Opłaca się nawet zapłacić karne odsetki dwóm uparciuchom; ważne, że pozostali odpuścili. To się po prostu opłaca.

Co to jest szkoda całkowita?
By stwierdzić, że naprawa samochodu jest nieracjonalna, wystarczy udowodnić, że koszt naprawy przekracza wartość pojazdu sprzed szkody. Wartość tę – bez względu na jego stan – odczytuje się z katalogu, np. Info Expert lub Eurotax. Kwoty są niskie, ubezpieczyciele zwykle udają, że nie ma znaczenia, ile faktycznie trzeba zapłacić za egzemplarz w idealnym stanie, dlatego najbardziej poszkodowani są właściciele zadbanych aut.

Jeśli z wyliczeń wynika, że koszt naprawy choć o złotówkę przekracza wartość auta sprzed szkody, kwalifikuje się ją jako „całkowitą” i przyjmuje, że naprawa nie ma sensu. Następnie szacuje się, za ile można sprzedać auto, czyli „pozostałości” – np. za 5 tys. zł. Kwota odszkodowania: wartość auta sprzed szkody (8 tys.) minus wartość auta po wypadku (5 tys. zł), czyli 3 tys. zł. Nie wystarczy na naprawę? A co to kogo obchodzi?

Co się należy w przypadku szkody pokrywanej z OC sprawcy:
•naprawa auta przy użyciu takich samych części jak uszkodzone, nawet jeśli są drogie
•naprawa auta przy użyciu nowych części – bez potrąceń z powodu wieku samochodu
•pokrycie kosztów naprawy lub innych strat, nawet jeśli właściciel nie zamierza remontować samochodu (żądanie faktur jest bezprawne!)
•pokrycie strat związanych z utratą wartości samochodu po naprawie
•zwrot kosztów holowania i przechowywania uszkodzonego samochodu
•zwrot kosztów wynajęcia rzeczoznawcy, jeśli było to niezbędne do uzyskania odszkodowania we właściwej wysokości (gdy wygrywasz spór o wysokość odszkodowania, automatycznie oznacza to także zwrot kosztów tej wyceny)